niedziela, 1 maja 2016

~Way~ | Martwi.

Poczułam, że po moim policzku cieknie coś mokrego. Woda. Spojrzałam na niebo - zupełnie odwrotne temu, co się działo na dole - bezchmurne. Zastanowiła się przez chwilę, jak woda pojawiła się na moim policzku. Przez myśl przemknęła mi jeszcze jedna myśl, dotycząca okoliczności, w jakich mogła pojawić się owa woda na mej twarzy - łza. Płaczę? Nie, nie chcę. To najgorszy moment na płacz. Szybko otarłam łzę. "Głupia dziewucho. Weź się w garść. Ciesz się, że przeżyłaś wojnę, a taki los spotkał tylko nieliczne osoby." pomyślałam. Może i nie byłam dla siebie zbyt miła, ale dzięki temu widziałam, jaka jestem. Głupia. Zbyt wrażliwa. "Dobra, nie użalaj się nad sobą. Wiesz, jaka jesteś, więc może skończ już wyliczanie?" Mój głos w głowie nie dawał mi spokoju. No cóż, jak zawsze ma rację, więc staram się go słuchać. Poza tym, zawsze wiem, że jestem głupia. Stale mi o tym przypomina, dzięki czemu moja samoocena nie zmienia się. Zawsze jest na tyle wysoka, na ile mnie stać. Czyli, innymi słowy, moje mniemanie o sobie jest niskie, dzięki temu mojemu "pomocnikowi".
Zaprzestałam tym rozmyślaniom. Moja biała bluza była pobrudzona krwią i brudem, t-shirt tak samo, spodnie były podarte, a buty wynoszone. Moje czarne włosy też nie wyglądały najlepiej, w ledwo trzymający się kucyk. Wiedziałam, że w moich niebieskich oczach nie ma już tych wesołych iskierek dzieciństwa. Wojna brutalnie zmusza do dorośnięcia. Teraz, pomimo tego, iż mam dopiero 16 lat, myślę jak osiemnastolatka. Muszę być samowystarczalna. Muszę być silna.
- Jean? - słyszę za  sobą głos jakiegoś chłopaka. Od razu się odwracam.
- Tak? - uśmiecham się do Deana.
- Widziałaś gdzieś... E... Nevilla? - spytał.
- Tak. Siedzi tam, z gronem wielbicielek. - odpowiedziałam, starając się ukryć nutkę obrzydzenia w moim głosie.
- Ach, no tak. Dzięki. - odpowiedział Dean, uśmiechając się i odchodząc. Nie kierował się do Nevilla, tylko do swojego najlepszego przyjaciela, Seamusa. Dziwne. Nie ważne...
Jak to dobrze, że Voldemort już niszczony. Jak dobrze. Już nie będzie zabijał. Już nic nie zrobi mi. Mojej rodzinie też nie, bo... Bo jest... Jest... Martwa. Nie żyje. Zabił ich, szukając Harry'ego Pottera. A jestem tylko przyjaciółką Hermiony... Owszem, wiedziałam, że gdzieś wyruszają. Wiedziałam, że byli u Lovegooda, przyjaźnił się z moją rodziną, oznajmił nam. Ale, jak Voldemort zjawił się w moim domu, byłam w Hogwarcie. I tak bym mu nie powiedziała. To i tak już nic nie znaczy. Nic. Są już martwi. Tyle osób jest martwych... Moi przyjaciele, rodzina, koledzy i koleżanki... Wiele znajomych... Z mojej rodziny nie ma już nikogo prócz mnie. Tak ginie ostatnie ogniwo starożytnego rodu czystej krwi. Przepraszam - ostatnie ogniwo owego rodu zostało już uśmiercone, dzięki Czarnemu Panu. Zabił mojego ojca, ostatnie ogniwo. A ja nie jestem czystej krwi (choć to mi nie przeszkadzałoby, gdybym była), ponieważ moja matka była półkrwi. Tylko ja zostałam z mojej rodziny. Czuję taką pustkę, jakbym zamiast krwi, organów i tego wszystkiego miała w środku siebie przerażającą pustkę, powietrze. Tylko tyle.  To straszne. Ja. Rodzina. Przyjaciele. Znajomi. Koledzy. Koleżanki. Nauczyciele. Nieznajomi. Obcy. Niewinni. Winni. Wszyscy martwi. Prawie wszyscy.
Martwi.
*                        *                    *
Oto kolejny powojenny rozdział! Dzieje Jean, czarodziejki półkrwi, koleżanki Hermiony. Wszystko dzieje się w szczątkach Hogwartu. Tam rozgrywają się teraźniejsze losy naszej bohaterki, wyjątkowo uzdolnionej marzycielki, która, bez względu na okoliczności, nie zmierza wydawać swoich przyjaciół.
Mam nadzieje, że przypadł wam do gustu jej charakter, a także rozdział. Wiem że krótki, ale nie mam weny. Dean zagadał do Jean, ponieważ ją podrywał szukał Nevilla. 0.0
Pozdrawiam.
Wasza J.A.V. <3 *Jean An Victorie*