Are you afraid to turn? Just as every human being. But this is only a bend. Get used to it. There will be more on my way, we'll have to go. On this winding road, which people call life.
wtorek, 19 kwietnia 2016
~Way~ | Sentymenty...
Mimo szczerej niechęci wyszłam z zamku, albo raczej z tego, co po nim zostało. Rozejrzałam się. Wszędzie walały się części różdżek, a także ludzi. Gdzie nie gdzie widać było zwłoki, a czasami klęczących przy nich bliskich oraz przyjaciół osób, do których należały te martwe ciała. Oczywiście płakali, albo ocierali sobie łzy. Gdzie nie popatrzeć, była krew, a także tynk oraz cegły. Co jakiś odstęp można było spostrzec kulących się rannych, oraz spetryfikowanych, którzy leżeli, nieświadomi niczego. Co chwilę z zamku wybiegał ktoś mało ranny, lub tylko pokaleczony po osoby, które nie były w stanie przeczołgać się samodzielnie do wnętrza budynku. Szybko podbiegłam do kulącego się w rogu chłopaka w miarę w moim wieku, który przyciskał sobie jak najmocniej ranę na nodze, z której mocno krwawił, aby zatamować krwotok. Podeszłam do niego żwawym krokiem. Nie byłam pewna, czy da radę wstać, więc wyczarowałam fotel i kazałam mu na nim usiąść i, celując w fotel różdżką, powiedziałam "Locomotor!", a następnie popędziłam do zamku, uważając, aby fotel nie nabrał takiej prędkości jak ja, ale żeby leciał w dość szybkim tempie. Wpadłam do budynku, a za mną poszybował chłopak na fotelu. Delikatnie usadowiłam fotel na ziemi i podbiegłam do najbliżej spotkanej osoby - profesora Slughorna. Trochę zdyszana wysapałam: "Jestem z chłopakiem. Krwotok.". Nie można było prawić kazań. Było dużo rannych, jedno lub dwa zwięzłe zdania na temat dolegliwości i tyle. Stan - pomimo tego, iż (na szczęście) powojenny - był bardzo napięty. Szybko się biegało, sapało zaklęcie, aby wnieść chorego, a następnie, bez przedłużania, trzeba było doprowadzić go do jakiejś osoby dorosłej. Ja zrobiłam to już około trzydziestu razy. To trochę męczące, ale to obowiązek. Usłyszałam tylko "Dobrze, zajmę się nim" i już wybiegłam na dwór. Nie chciałam ani być na dworze, gdzie było tyle martwych ciał, a także w środku, ponieważ tam też nie było lepiej. Chciałam się deportować z tego miejsca i aportować w spokojnym mugolskim miasteczku, w którym się urodziłam. Lecz, niestety, jako osoba niepełnoletnia, a także znajdująca się na terenie Hogwartu, nie mogłam. Spojrzałam w dół - ujrzałam kawałek czegoś, na czym widziałam swoje odbicie. Nie, to nie możliwe. Moja dolna warga była w zakrzepniętej krwi, z dużym rozcięciem, moje włosy były rozczochrane i spięte w kucyka, a ubrana byłam w czerwony t-shirt, czarne jeansy oraz białą bluzę. Na mojej głowie na pewno nie było białej kokardki i nie byłam uczesana w koka. Na pewno także nie miałam gładkiej twarzy, bez krwi i nie byłam ubrana w koktajlową sukienkę o kolorze jagód. Przywołam sobie kogoś do mnie podobnego - moją bliźniaczą siostrę. Tak, to ona, właśnie miała iść do drugiej klasy mugolskiego gimnazjum. Niestety, nie dożyła dnia, w którym myślałam, że ona na zdjęciu to moje lustrzane odbicie, chociaż zawsze śmiałyśmy się z takiej możliwości. Uważała, że pewnie będę miała wtedy głupią minę. Myślę, że nie miałam głupiej miny - raczej na mojej twarzy malowało się rozżalenie oraz smutek. Moja siostra pewnie też by się tak czuła, gdybym ja umarła z tęsknoty, a ona by patrzyła na moje zdjęcie po wojnie. Podniosłam zdjęcie i zgniotłam w kulkę, wpychając je do kieszeni. Sentymenty są jedną z tych rzeczy, których nie chciałam. Lecz niestety są nieuniknione.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)